SplitShire-5104

My short GameDev Story

Pomysł by robić gry komputerowe pojawił się w mojej głowie jakieś 14 lat temu. Do jednego z numerów Niezbędnik Komputer Świat dołączono płytę The Games Factory. W tym małym potworze stworzyłem moje pierwsze (koszmarne) gry. Wśród nich:

  • Platformówka bardzo zbliżona do popularnego w tamtym czasie na Nokiach Bounce
  • Top-down space shooter (na kształt Tyriana 2000)
  • Platformówka-strzelanka Zig-Zag (potem się okazało, ze ktoś już tej nazwy używa, ale wiecie, czasy przed szerokopasmowym Internetem).
  • Kilkanaście niewypałów przy których tworzeniu była masa śmiechu.

Kolejnym krokiem (w tym samym okresie), było modowanie gry Little Fighter 2.To było coś. Razem z moim przyjacielem Piotrkiem tworzyliśmy fantazyjne postacie do gry, z własnym zestawem animacji, umiejętności i tak dalej. Łezka się w oku kręci jak o tym myślę.

Potem przyszła szkoła i różne dziwne wybory, tak jak i gadki o elitarności niektórych zawodów oraz o tym jak to trzeba być inżynierem.

Zawsze byłem zbyt leniwy, żeby uczyć się przedmiotów humanistycznych (zupełnie nie mam pamięci do dat, nazwisk i innych tego typu danych, matematyka jakoś wchodziła sama). W międzyczasie zdążyłem się zrazić do programowania (chociaż szło mi całkiem niezłe, nawet startowałem w jakichś olimpiadach), co z kolei przełożyło się na zupełny brak zainteresowania studiami informatycznymi. Tymczasem całe to moje tworzenie gier siedziało gdzieś w głowie i nie znajdowało ujścia.

Na studiach zaprzyjaźniłem się z Michałem i w trakcie wielu naszych rozmów na poważne tematy jak życie, śmierć, praca i podatki, temat tworzenia gier często wracał. Nigdy jednak nie podjąłem działań dużego kalibru, żeby robić coś w tym kierunku. Mogę wymyślać różne powody, dla których tego nie robiłem.  Np. to, ze mechatronika okazała się być studiami zajebiście wymagającymi i mało gratyfikującymi jednocześnie. Przy okazji pozdrawiam te kilka osób z kadry akademickiej które nie traktują studentów jak gówno przeszkadzające im w poważnych badaniach, w szczególności prodziekanów którzy zawsze byli nam przychylni i zrobili wiele dobrego dla wydziału oraz studentów.

Long story short, przez trzy lata w kierunku GameDevu nie działo się nic i to generalnie przez moje lenistwo i nieogarnięcie.

Game Dev School

Game Dev School
fot. Game Dev School

Przyszedł październik 2013 i znalazłem gdzieś informację, że w styczniu rusza kurs Game Dev School (9 miesięcy, 216 godzin wykładów z ludźmi z pełnego przekroju branży, około 4500 zł). Kilka dni się zastanawiałem, dogadałem finanse z rodzicami (dołożyli mi się po ćwiartce. Dzięki mamo, dzięki tato, wszystko potem to wasza wina), po czym złożyłem aplikacje na kurs. Minął miesiąc, a ja wiedziałem, ze w moim życiu zmienił się pewien bardzo istotny detal. Pierwszy raz wiem, co dokładnie chcę robić i robię coś w tym kierunku! W ramach kursu mieliśmy za zadanie stworzyć trzy gry (nazywane projektami, różniły się one stopniem trudności, rozmiarami zespołów, czasem na wykonanie i technologiami, których mogliśmy używać).

Udział w całym przedsięwzięciu nauczył mnie kilku bardzo istotnych rzeczy:

  • Tworzenie gier jest prostsze niż się wydaje, dostępne technologie pozwalają na bardzo szybkie prototypowanie.
  • Tworzenie gier wysokiej, jakości jest dużo trudniejsze niż się wydaje. „Polisz” to 80% czasu jaki spędzimy nad grą. Lepiej żeby była mniejsza i dopicowana, niż większa i rozgrzebana.
  • Hierarchia podejmowania decyzji jest ważna. Demokracja się nie sprawdza, chociaż trzeba być otwartym na pomysły i feedback innych.
  • Najbardziej zawodnym elementem projektów robionych amatorsko są ludzie.

Studia leciały sobie dalej i przyszedł czas wakacji letnich. Na studiach inżynierskich trzeba odbyć 4tygodniowe obowiązkowe praktyki za porozumieniem stron (wydział-pracodawca). Pomyślałem, że skoro jestem w trakcie kursu, studiuję specjalizację „Techniki Multimedialne”, to może praktyki odbędę w firmie zajmującej się produkcja gier. Właściwie chciałem zrobić staż przez wakacje, a potem dalej pracować w takiej firmie na 1/3 etatu. Wysłałem odpicowane CV do kilkunastu firm i… nastała cisza.

Thing Trunk

Thing Trunk
fot. Thing Trunk

Odpowiedzi pojawiły się dopiero po tygodniu (do czterech w najgorszym wypadku). Zdecydowana większość pracodawców nie szukała stażystów, tylko kogoś do stałego zatrudnienia (na pełny etat). Okazuje się, ze ludzi z doświadczeniem jest bardzo mało, dlatego jeśli ktoś już wsadzi nogę w drzwi, zostaje w branży na długo, zmienia tylko czasem firmy, w których pracuje. W ten sposób znalazłem się w Thing Trunk, jako „intern”.

Pierwszy miesiąc w pracy można podsumować nieco chaotyczna wypowiedzią:

„Wow tyle wiedzy napływa, tak bardzo nic nie umiem, to można tak pracować? Och, ach, kocham tę firmę!”

TT pokazało mi, co znaczy podejście jakościowe. Poziom inżynierskiego skomplikowania projektu, który robimy jest obłędny. Jak przeglądam dokumentację, jestem za każdym razem pod wrażeniem (a zaglądam do niej regularnie od 9 miesięcy).

W międzyczasie otarłem się o pisanie dokumentacji, implementacje assetów, design różnych elementów gry, tworzenie mockupów UI, zjebki „Staszek, coś Ty wcommitowal?!?!?”, pisanie skryptów, automatyzacje różnych elementów, komunikację z outsourcem, deployment buildów i szukanie idealnego miejsca do zamawiania obiadów. Pełna gama doświadczeń!

W każdej firmie bardzo ważna jest atmosfera pracy. U nas jest fantastyczna, mamy w biurze palmy i statek kosmiczny, zestaw nerf-gunów i pluszowego psa. Czego chcieć więcej? Co do ekipy: wiesz, że pracujesz z profesjonalistami, a jednocześnie można się czasem pośmiać. Jest rzeczowo, a przy tym dość luźno. Idealne połączenie i widać, ze wszyscy są zajarani tym co robią (chociaż są też dni, kiedy ktoś leży krzyżem na ziemi albo z rozpaczy wchodzi pod biurko i zwija się w pozycję embrionalną). Jeden z moich szefów powiedział kiedyś: „Dość na dziś, idź do domu, odpocznij, poćwicz albo wyjdź na miasto. Pamiętaj, tworzenie gier to maraton, nie sprint. Trzeba utrzymać tempo przez wiele miesięcy, a nie wypalić się szybko”.

Wtedy zrozumiałem, że nie mogłem lepiej trafić z pierwszą praca. W momencie gdy to piszę jest niedziela. Jutro zaczynamy kolejny milestone. Nowy etap, nowe zadania. Cały czas jara mnie jak to co robimy z wyglądającego „hm, ok” zmienia się w „wow Maciek, zrobiłeś to epicko”. Czuję, że wreszcie znalazłem, to co chcę w życiu robić.

PS.
Uprzedzając pytania, nic nie mogę wam o projekcie powiedzieć. Jeszcze 😉