IMG_20140831_124230

Trafić na właściwych ludzi

Czytam od wielu lat blogi różnych podróżników i jestem autentycznie oczarowany ich przygodami. „Wow, ale super, ja też tak chcę”, przewijało się w mojej głowie wielokrotnie i… nic z tego nie wynikało. Albo było to warunkowanie mojego nieogarnięcia, albo warunkowanie środowiskowe „bo mam jechać z X, ale X niechętnie bo Y,Z”. No i przez długi czas siedziałem w domu, jak idiota. Bo okazja do jeżdżenia jak najbardziej była, środki były, tylko jakoś tak zabrakło motywacji. Przecież siedzenie w Warszawie jest takie wygodne…

Ku mojemu wybawieniu poznałem Andrzeja. Andrzej jest studentem mojego ex inżynierskiego wydziału i szanowanej ekonomicznej uczelni. Jest też typem samotnika który ma mega parcie na jazdę po świecie (żeby być samotnikiem w trasie, trzeba mieć się od kogo odłączyć, tak słyszałem).

Siedzimy sobie więc przy piwie i nagle w powietrzu zasiana zostaje myśl „popływałbym na desce”. Wszystko rozgrywa się na jesieni a nie należymy raczej do ludzi cierpliwych. Wszystko potoczyło się więc lawinowo. W kilka dni wyłowiliśmy tanie bilety na Lanzarote. Wyszło nam ze wstępnych kalkulacji, że najbardziej opłacalny jest wyjazd w 5 osób (wiadomo, biedni studenci). Samochód na miejscu i apartament ładnie się wtedy dzielą. Namówiliśmy jeszcze jedną osobę z uczelni na wyjazd na początku Grudnia, pozostało nam dobrać jeszcze dwie. No i tu kolejna ciekawa anegdotka. Późna godzina, stoję sobie grzecznie czekając na odbiór frytek pod burgerem przy Pawilonach. Typowe miejsce konsumpcji napojów opartych na chmielu wielu studentów stolicy. Nagle koło mnie wyrasta znajoma znajomej. Buzi, buzi, typowa gadka jak to się dawno nie widzieliśmy i „co tam u Ciebie”. Wtedy B oświadcza, że dobrze u niej i tak się jej marzy i ma mocne postanowienie jeździć nieco po świecie, bo ma ku temu warunki, a że wiedziałem, że będziemy szukać ludzi do wyjazdu obiecałem „dać znać”. Parę dni później wyczailiśmy bilety, znać dałem i tak oto przypadkiem dobraliśmy jeszcze 2 prawie obce osoby do ekipy.

Wyjazd się udał, umiejętność pływania na białej fali została przyswojona (zupełne podstawy surfingu) a twarz złapała nieco słońca. Wszystko razem 10 niezapomnianych dni na spontanie, za bardzo małe pieniądze. Wystarczyło trafić na A. który z „pojechałbym na deskę” zrobił zdanie „Jedziemy w grudniu na deskę”, a dalej już się potoczyło.

Pamiętacie M z poprzedniego posta? Siedzi teraz w NYC, pracuje w tygodniu, w weekendy bawi się w mieście albo zwiedza inne Amerykańskie miasta. W trakcie jednej z naszych rozmów na skype wspomniała coś, że fajnie byłoby gdybym przyjechał. No pewnie, że byłoby fajnie! Nowy Jork, ikona zakorzeniona głęboko w popkulturze. Dni mijały a pomysł kiełkował w mojej głowie. Taka kiełkująca myśl w połączeniu z newsletterem Fly4Free skończyła się kupieniem biletu do stanów ,”na wariata”. Na tydzień. Co za idiota jedzie do stanów na tydzień? Cóż i tak miałem wyrzuty sumienia, że mnie długo nie ma w pracy. Mam nadzieję, że chłopaki mnie za to nie zabiją.

Po kupieniu biletów pojawiły się drobne przemyślenia w stylu: „ok, nie mam wizy. Ile to będzie kosztować i ile zajmie?” oraz „hmm, właściwie gdzie ja bedę spał?” Od kupna do wyjazdu miałem całe 2 miesiące, więc udało mi się wszystko gładko dopiąć do tego czasu. W chwili gdy piszę tego posta, do wyjazdu do NYC zostały nie całe 2 tygodnie. Jaram się. Dzięki M, za zasianie myśli.

Czasami żeby zrobić coś zajebistego, musi nas wzbudzić impuls od odpowiednich ludzi. Raz zasiany rośnie w nas i potem przekazujemy go dalej.

Rozsiewajcie impulsy.