Lanzarote

Płyńmy sobie z prądem

W lecie 2014 roku na skutek różnych dynamicznych zmian w moim otoczeniu postanowiłem otworzyć się nieco na nowe doświadczenia. Nic Ci tak nie da do myślenia jak wyjście ze „strefy komfortu”. Więc dołączyłem do Couchsurfingu, (który lata swojej świetności podobno już dawno ma za sobą, ale o tym, kiedy indziej) i dałem zupełnie obcym ludziom miejsce do spania u siebie. W ten sposób w tamtym czasie przewinęło mi się przez dom jakieś 15 osób różnych narodowości. Jak w każdym środowisku otwartym można sobie wyobrazić, że z częścią układało się bardzo źle (pozdrawiam super-niekomunikatywne hiszpanki), jak i bardzo dobrze. Jedną z najciekawszych osób, które w tym czasie u mnie były, okazała się M. M postanowiła, że zamiast na studia po maturze, pojedzie na rok do Stanów pracować w ramach programu Au Pair. Czy jest to popularny program? Zdecydowanie tak. Czy to popularna decyzja w skali zdobywców świadectwa dojrzałości? Zdecydowanie nie.

Mniej więcej w tym samym czasie rzuciłem moje ówczesne studia inżynierskie (po 4 latach szarpania się z nimi), zacząłem pracować na pełny etat (okazało się, że to wymarzona robota) i wybrałem sobie na zaoczne studia powszechnie szanowane Marketing i Reklamę. O gigantycznej batalii spowodowanej tym wyborem z rodziną nawet nie warto wspominać. Korelacja dwóch wspomnianych doprowadziła do częstych i gęstych dyskusji między mną i M na tematy w stylu: „Czy ja muszę płynąć z prądem”, „Co chcę w życiu robić”, „Czemu mam spełniać cudze oczekiwania kosztem siebie”.

Więc skupmy się na tym prądzie, jakie są współczesne wymaganie względem młodych ludzi, którzy nie skończą edukacji na 12 klasach. Pójdziesz na studia, zrobisz magistra, będziesz tyrał 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu pod komendą jakiegoś fleta, hajtniesz się, weźmiesz kredyt na mieszkanie i będziesz go spłacać przez 40 lat ze współmałżonkiem. Alternatywnie, możesz poświęcić się karierze, wszystko analogicznie do powyższego, ale zamiast małżonka dołóż sobie po 2-3 godziny dziennie w firmie i karnet na siłownię. Wakacje? Dwa tygodnie na Sycylii, w zimie tydzień w Alpach. Kropka.

W takim układzie umarłbym z nudów i wyssania z energii.

Są ludzie, którzy spełniają się w tym idealnie. Uśmiechnięte mordki, pot na plecach i drżące dłonie z ekscytacji na odprawie w korpo. No i jest reszta, która w tym stanie czuje się przyduszona. 99% z nas nic z tym nie robi, siedzimy w tak zwanej „strefie komfortu”, chociaż wcale nie czujemy się w niej komfortowo. Jak kiedyś zauważył jeden z moich znajomych, większość z nas zadawala się czytaniem o tym, jakie cudze życie jest ciekawe a sami siedzimy i gnijemy w M3 wypełnionym meblami z Ikei. A jednak czasami warto iść pod prąd. Rzucić to, co Cię męczy i dręczy na rzecz nieznanego. Bo nieznane może być gorsze, inne albo lepsze, Tak czy inaczej wygrywasz, bo dowiesz się czegoś o sobie.

Kiedyś moja bliska znajoma studiowała inżynierski kierunek i cała energia została dosłownie wyssana z niej. Nieprzespane noce, wkurwienie i ból głowy od otwarcia oczu, 5 dni w tygodniu. Rzuciła to w cholerę po pół roku (zdała wszystko w sesji i stwierdziła, że to wali). Kolejne pól roku przepracowała (w gastronomii, co też było niezłą lekcją), po czym dostała się na swój wymarzony kierunek. Nigdy nie widziałem jej szczęśliwszej niż po tej zmianie. Nigdy sam nie czułem się szczęśliwszy niż po takiej zmianie u siebie.

Więc jeśli chcesz coś, czego nigdy nie miałeś, pewnie musisz zrobić coś, czego nigdy nie robiłeś.

Bo jeśli nawet obiecują Ci, że po tych studiach będziesz doskonale zarabiać, to czy to jest warte wkurwiania się przez połowę swojego czasu? Może lepiej zarabiać średnio i robić coś z uśmiechem, czując, że się rozwijasz i realizować swoje pasje. Twoja decyzja może być niepopularna wśród znajomych czy rodziny, przecież jak wszyscy powinieneś płynąć z prądem.

Lanzarote